fbpx
Strona głównaArchiwumCzłowiek wierzący powinien dążyć do bogactwa

Człowiek wierzący powinien dążyć do bogactwa

-

Czy etyka wynikająca z religii katolickiej jest przedsiębiorcom do czegoś potrzebna?
My, etycy biznesu, kiedy zastanawiamy się nad ekonomią, najczęściej mamy na myśli Arystotelesa, który podzielił ekonomię na sztukę gospodarstwa domowego i sztukę zarabiania pieniędzy. Co ciekawe, Arystoteles tylko ten pierwszy element uznał za godziwy i ważny. Dlatego w jego modelu ekonomia była podporządkowana etyce. To punkt wyjścia, by podkreślić, że pytania o wartości moralne w działalności gospodarczej to nie jest nic nowego. Zresztą w tej kwestii wszystkie religie monoteistyczne mówią niemal tym samym głosem, co najwyżej inaczej rozkładając akcenty. Religia jest częścią kultury. Nie jesteśmy w stanie funkcjonować bez kultury. Również na poziomie przedsiębiorczości. Kościół Katolicki od wieków udzielał wskazówek w kwestiach gospodarczych. Te wskazówki, czy wartości, do jakich się odwoływał, szczególnie istotne powinny być dzisiaj, kiedy polityka zdaje się być marginalizowana. Polityka w rozumieniu arystotelesowskim, czyli jako rozstropne działanie na rzecz dobra wspólnego. Jesteśmy i będziemy motywowani przez wybory moralne. Czy nam się to podoba, czy nie. Dlatego etyka katolicka niezależnie od wszystkiego na pierwszym miejscu stawia człowieka i przypomina, by traktować go jako podmiot, a nie jak przedmiot. W każdej relacji. Człowieka w rozumieniu integralnym – z jego fizycznością, psychiką, moralnością i duchowością jako całością. Gdybyśmy chcieli jednym zdaniem podsumować cały dorobek Kościoła katolickiego w świecie nie tylko ekonomii, ale również socjologii, byłoby to przede wszystkim zwrócenie uwagi na godność człowieka i dobro wspólne.

Oddzielanie gospodarki od moralności ma jednak całkiem długą tradycję i wydaje się, że ten trend mocno się zakorzenił. Da się tę tendencję odwrócić?
Myślę, że tak. Tym bardziej że dziś obserwujemy renesans wartości. Pojawiły się na przykład pojęcia wiedzy jawnej i wiedzy ukrytej. O ile ta pierwsza jest w miarę łatwa do sprecyzowania, o tyle tej drugiej – wiedzy ukrytej – już tak łatwo zdefiniować się nie da, mimo iż jest ona dużo ważniejsza. Tą wiedzą są wartości, które nabywamy przez całe życie i dzięki którym postępujemy tak, a nie inaczej. Również w sferze ekonomicznej. Wartości te zakorzenione są właśnie w religii.

Użył ksiądz pojęcia „dobro wspólne”. Bardzo ładnie brzmi, wielu polityków często odwołuje się do dobra wspólnego, pewnie nawet nie potrafiąc go zdefiniować. Czym więc to dobro wspólne jest? Istnieje jakaś definicja tego pojęcia?  
Bardzo dobre pytanie, na które bardzo trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź. W ekonomii mamy dwie wizje dobra wspólnego – jedna mówi, że jest nim wzrost gospodarczy i wszystko powinno być podporządkowane właśnie tej kategorii, druga stawia na rozwój gospodarczy. Niestety, według mnie dominuje ta pierwsza, która jest niewłaściwa. Przypomnę, że na wzrost gospodarczy składają się wysokie PKB i niski współczynnik bezrobocia. Zupełnie czym innym jest rozwój gospodarczy, na który składa się o wiele więcej czynników – dostęp do wiedzy, medycyny, komunikacji, infrastruktury itd. Najlepiej przedstawił to Jan Paweł II w encyklice Centesimus annus, gdzie napisał, że Kościół aprobuje kapitalizm, który jest nastawiony na dobro wspólne, czyli na rozwój. Dla mnie świat biznesu jest jak ocean, w którym jest miejsce dla ryb wielkich, mniejszych, ale też dla rekinów. Każdy jest tam w stanie znaleźć – jak to się dziś ładnie mówi – swoją niszę. Prawidłowy sposób na funkcjonowanie w tym oceanie biznesu polega nie na tym, by nawzajem się podgryzać i próbować wykończyć, ale na prawidłowym rozpoznaniu swoich silnych i słabych stron i skoncentrowaniu się na zaletach. W taki sposób mamy w tym oceanie zbiór oryginalnych i niepowtarzalnych podmiotów, zachowujących różnorodność i konkurencyjność. A przecież konkurencyjność – wbrew temu, co mówią niektórzy ekonomiści, a nawet przedsiębiorcy – jest czymś niezwykle pożytecznym. Pod warunkiem, że spojrzymy na nią w takiej właśnie perspektywie.

Kiedy system podatkowy zaczyna być niegodziwy?
Odpowiem przewrotnie: z podatkami jest trochę tak jak z procentami (śmiech). Wszyscy wiedzą, że trzeba płacić, tylko nie wiadomo ile. A mówiąc poważniej, bardzo trudno jest to określić. To mniej więcej tak, jak z pytaniem: „Co to znaczy godziwa zapłata?”.

Na to pytanie akurat znajdujemy odpowiedź w Biblii, w przypowieści o pracujących w winnicy, kiedy Pan Jezus do niezadowolonego robotnika mówi: „Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy. Czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź co twoje i odejdź!”. Godziwa zapłata to taka, na jaką umówiły się obie strony – pracodawca i pracobiorca.
W praktyce wiemy jednak, że o to niezwykle trudno. Mamy w tej przypowieści Pana Jezusa, który z ludzkiego punktu widzenia kieruje się pewną niesprawiedliwością, zrównując w wypłacie tych, którzy pracowali dłużej, z tymi, którzy pracowali krócej. Myślę, że na dłuższą metę w żadnym przedsiębiorstwie nie da się tej metody utrzymać. Zresztą równie dobrze możemy zadać pytanie, dlaczego ktoś, kto przez całe życie nie pracuje, na emeryturze ma dostawać tyle samo, ile osoba, która kilkadziesiąt lat uczciwie, w pocie czoła zarabiała na chleb? Czy byłoby to godziwe?

Pozostając w temacie podatków, nie można przejść obojętnie nad hasłem, które pojawiło się ostatnio w przestrzeni publicznej, mianowicie „państwo dobrobytu”. Z jednej strony wywołuje ono pozytywne emocje, bo przecież kto by nie chciał żyć w dobrobycie, z drugiej jednak kojarzy się z fiskalizmem, który uderzy przede wszystkim w przedsiębiorców. Jak znaleźć optymalne rozwiązanie dotyczące roli państwa w gospodarce? Kiedy zasada pomocniczości przeradza się w szkodliwy interwencjonizm?
Najpierw powinniśmy sobie uświadomić, że kwestia dobrobytu jest czymś dobrym. Pan Bóg stwarzając człowieka, powiedział: „Czyń sobie ziemię poddaną”. Przeskakując do Ewangelii, mamy tam przypowieść o talentach, gdzie wprost jest mowa o pomnażaniu dóbr, czyli bogactwa. Krótko mówiąc, bogactwo jest czymś, do czego zachęca nas sam Pan Bóg. Ale bogactwo to nie tylko pieniądze. Można być bogatym, mając wiedzę, szczęśliwą rodzinę, zdrowie… Dlatego na pytanie: „Czy chciałbyś być bogaty?”, człowiek wierzący powinien odpowiedzieć: „Oczywiście, że tak”. W III wieku Klemens Aleksandryjski napisał książkę o tym, czy człowiek bogaty może być zbawiony. Odpowiada w niej oczywiście twierdząco. W Księdze Przysłów jest taki piękny fragment, w którym autor modli się, prosząc Jahwe, by nie dawał mu nędzy, aby z biedy nie zaczął kraść i Boga przeklinać. Modli się jednak również o to, by nie dawał mu nadmiernego bogactwa, które mogłoby go doprowadzić do pychy. To jest doskonały przykład tego, jak ważne jest poszukiwanie umiaru. A jeśli chodzi o samo bogactwo, to należy je postrzegać przez pryzmat tego, że ma ono służyć naszemu rozwojowi. Dlatego wprowadziłbym tutaj rozróżnienie typowo moralne – na potrzeby i pragnienia. Potrzeby są dobre, pragnienia złe.

Czyli?
Załóżmy, że chcemy coś kupić lub w coś zainwestować. Na początku powinniśmy sami siebie zapytać, czy jest nam to potrzebne, czy to tylko nasze pragnienie. To drugie wprost prowadzi do nadmiernej konsumpcji, marnowania dóbr, zasobów naturalnych i ludzkiej kreatywności. Tak postrzegane bogactwo nie będzie moralnie dobre. Pan Bóg chce, byśmy żyli w dobrobycie i bogactwie, ale na pewno postrzeganym nie jako nieograniczony dostęp do pieniędzy i wydawania ich obojętnie na co.

Weźmy taki przykład – młody człowiek chce rozpocząć działalność gospodarczą. Rozważa zainwestowanie w biznes spirytusowy i handel mocnymi alkoholami. Uznał, że tu jest nisza i można na tym zarobić. A jest osobą bardzo wierzącą. Powinien mieć wyrzuty sumienia?
A dlaczego?

Wielu odpowie, że istnieje przecież prawdopodobieństwo, iż ktoś produktami, które ten młody człowiek będzie oferował, może się upić, wpaść przez to w nałóg i skończyć tragicznie. Z jednej strony towar legalny, z drugiej przecież to używka, która uzależnia. Gdzie jest moralna granica?
Podejdźmy do tego racjonalnie. Po pierwsze, alkohol równie dobrze może odgrywać rolę pozytywną, jak i negatywną. Dlaczego za to, że ktoś z własnej woli się upija, winić osoby trzecie? To tak, jakbyśmy chcieli winić państwo, które jest właścicielem Totalizatora Sportowego, za uzależnienie od hazardu tysięcy ludzi, którzy popadli w ten nałóg i nie mogą sobie z nim poradzić. Czytałem ostatnio artykuł, z którego wynika, że problem ten dotyka ponad 60 proc. Polaków. Winne jest temu państwo? Oczywiście, że nie. Jestem daleki od ferowania czarno-białych wyroków na zasadzie „zdecydowanie tak” albo „zdecydowanie nie”. Wszystko zależy od umiaru, również jeśli chodzi o alkohol. I od uczciwego przekazu czy informacji. Dobry przykład to przemysł tytoniowy, który jest przecież zobowiązany do informowania o skutkach zażywania wyrobów przez tę branżę produkowanych. Nie jesteśmy w stanie stworzyć prawa, które w stu procentach niwelowałoby wszystkie zagrożenia. To jest utopia. Pan Bóg stworzył nas ludźmi wolnymi, którzy mają prawo wyboru. Oczywiście każdy wybór wiąże się z odpowiedzialnością i konsekwencjami, niemniej mamy do niego prawo. Możemy wybrać między dobrem a złem i nieustannie to robimy. Myślę, że najważniejsze jest uczciwe uświadamianie wszystkich konsumentów i jawny przekaz informujący o skutkach stosowania tego typu produktów i zagrożeniach, jakie ze sobą niesie.

Istnieje coś takiego w etyce katolickiej jak „mniejsze zło”? Jak już wspomniał ksiądz o branży tytoniowej, to jakiś czas temu na rynku pojawiły się tzw. produkty alternatywne, które – według lekarzy – są o wiele mniej szkodliwe od tradycyjnych papierosów. Czy proponowanie osobom, które mówią, że nie potrafią rzucić palenia, takich produktów w ramach „mniejszego zła” i tłumaczenie im, że są mniej szkodliwe, jest słuszne z moralnego punktu widzenia?
Odpowiem bardzo prosto – z punktu widzenia etyki katolickiej żeby było zło, muszą zaistnieć trzy warunki: przekroczenie któregoś z przykazań, świadomość i dobrowolność. Jeśli ktoś sięga po alkohol, powinien wiedzieć, na ile może sobie pozwolić i w którym momencie traci nad sobą kontrolę. Niemniej jeśli już tę kontrolę straci i zrobi coś złego, to jego wina jest pomniejszona. Tak samo jest z każdym uzależnieniem – osoba tkwiąca w nałogu powinna robić wszystko, by z tego nałogu wyjść. Ale musimy zrozumieć, że to będzie proces, często nawet długotrwały. Podam taki przykład, który nie każdemu może się spodobać. Otóż doskonale znany wychowawca dzieci i młodzieży Janusz Korczak miał taki zwyczaj radzenia sobie z niegrzecznymi chłopcami. Wzywał takiego delikwenta do siebie i mówił mu: „Codziennie bijesz inne dzieci. Umówmy się, że od teraz będziesz to robił nie codziennie, ale co najwyżej raz w tygodniu”.  W taki sposób próbował stopniowo zmniejszać to zło. Myślę, że wszystko, co prowadzi do takiego stopniowego wyjścia z nałogu i jest mniej szkodliwe niż trwanie w uzależnieniu, z moralnego punktu widzenia jest dopuszczalne.

Kilka razy powtórzył ksiądz tezę, że na wolnym rynku bardzo ważny jest jawny i uczciwy przekaz. Czy dziś, kiedy mówi się tyle o gospodarce opartej na wiedzy, prawo do informacji, a nawet więcej – prawo do prawdy, możemy uznać za jedno z naturalnych i niezbywalnych praw każdego człowieka?
Zdecydowanie tak. To prawo jest jednym z elementów rozwoju każdego człowieka. Bez niego nie da się powiedzieć, że dbamy o dobro wspólne. Najlepszym podsumowaniem naszej dyskusji niech będzie pytanie, które dawno temu zadał prymas Stefan Wyszyński: „Czy ekonomia sprawia, że człowiek jest lepszy, czy tylko sprawia, że lepiej mu się żyje?”. Dziś, gdy je dyskretnie przestawimy i zapytamy, czy człowiek dzięki ekonomii jest lepszy, zmienimy całą perspektywę postrzegania świata biznesu i inaczej na ten świat będziemy patrzeć.

Rozmawiali Krzysztof Budka i Kamil Goral

Kategorie

Najnowsze

Najczęściej czytane

Zobacz również